Drugi dom – przystanek czy nowy etap? (cz. 1)
Drugi dom – przystanek czy nowy etap? (cz. 1)
W Polsce dzięki sile i determinacji zbudowały swoje życie od nowa. W czwartą rocznicę rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji na Ukrainę oddajemy głos czterem z nich.
Yevheniia na stacji metra Księcia Janusza.
W ramach działań UNHCR, Agencji ONZ ds. Uchodźców, wspierających oddolne inicjatywy, bohaterki wzięły udział w programach szkoleniowych, które pomogły im przekuć pomysły w konkretne działania. Dzięki pomocy Fundacji Right to Protection, partnera UNHCR, zdobyły wiedzę o zakładaniu i prowadzeniu własnej działalności gospodarczej, nabywając przy tym nie tylko praktyczne umiejętności, lecz także pewność siebie i szansę na niezależność. Dziś są dowodem na to, że droga do odwagi ma wiele przystanków, a pierwszy z nich to decyzja.
Rozmowy odbyły się na wybranych przez nie stacjach metra: Nowy Świat, Młynów, Księcia Janusza i Stadion Narodowy. Codziennie przemierzają te trasy, zastanawiając się, czy ich podróż zakończy się w Warszawie, czy jest to jedynie jeden z etapów ich życia. Przedstawiamy pierwsze dwie bohaterki.
PRZYSTANEK KSIĘCIA JANUSZA
Architektura jest moim życiem, pasją i miłością. Pracuję w zawodzie już 17 lat. Mam na imię Yevheniia, mam 40 lat. Pamiętam swoje emocje, gdy przyjechałam do Polski - nie rozumiałam języka, nie rozumiałam co się dzieje. Nie planowałam wyjazdu z Ukrainy. Wciąż mam w głowie ten obraz – kula ziemska i ja, jak mały kotek chwycony za kark i rzucony gdzieś w zupełnie inne miejsce. Dobrze pamiętam dzień wybuchu wojny. Moja córka miała 9 miesięcy, spacerowałam z wózkiem i kawą, gdy zadzwonił do mnie przerażony tata, mówiąc, że będzie wojna. Tej samej nocy, a właściwie o 4 nad ranem usłyszałam wybuchy. Mój syn przybiegł przestraszony, nie wiedząc co się dzieje. Obudziłam męża, który pomyślał, że to fajerwerki. 7 marca, po przerażającym wybuchu, który nastąpił nieopodal naszego domu, podjęliśmy decyzję o wyjeździe, Cały budynek drżał. Bombardowali sąsiednią rafinerię i blok naprawdę się trząsł. Przeraziło mnie to.
Najpierw pojechałam na zachód Ukrainy, ale nie zostaliśmy tam długo. W Polsce mieszkała moja koleżanka z Ukrainy i znalazła polską rodzinę mieszkającą pod Łodzią, która zdecydowała się nas przyjąć -mnie z dwójką dzieci. Trafiłam na wspaniałych ludzi, dobrze nam się tam żyło, ale w którymś momencie zrobiło się trochę niekomfortowo i dla nas, i dla nich. Później zdecydowałam się przeprowadzić do Warszawy.
Teraz, po czterech latach, przyjechałam na Nowy Rok do Kijowa i kiedy leżałam w łóżku, słysząc przelatujące drony, czułam przeszywający mnie strach. Tego nie da się zapomnieć. Kiedy przyjechaliśmy do Polski, moja córka miała dziewięć miesięcy i gdy słyszała samoloty pasażerskie przelatujące nad naszym osiedlem, wczepiała się we mnie. Myślę, że wszystkie dzieci mają wielką traumę, zwłaszcza te, które zostały w Ukrainie. Jestem sobie wdzięczna, że moje dzieci tam nie mieszkają i tego nie słyszą, nie mówiąc już o braku ciepła czy wody. Na poziomie psychoemocjonalnym to naprawdę ciężkie.
Początki były trudne, wpadłam w depresję, nie znałam miasta, nie znałam nikogo. Zrozumiałam, że muszę coś robić, bo inaczej zwariuję. Pierwsze co zrobiłam, to maksymalna aktywność na Facebooku – pisałam o sobie, o tym, że szukam kogoś, z kim mogę chodzić na spacery z dzieckiem, że jestem designerką, że lubię sport. Odzywali się do mnie ludzie, którzy się tym interesowali. Nawiązałam kontakt z artystami, fotografami i znalazłam w końcu pomieszczenie do wynajęcia – zaczęłam tam prowadzić zajęcia z fitnessu. Chciałam jednak zajmować się designem, bo od pięciu lat robiłam to w Kijowie, choć skończyłam architekturę. Szukałam pracy, nie chciałam zakładać własnego biznesu, ale nie mogłam nic znaleźć. Zaczęłam poznawać ludzi, wychodzić i okazje same się pojawiły.
Polska mnie zmieniła, nigdy nie byłam tak otwarta, a teraz? Czuję, że chcę próbować nowych rzeczy. Patrzę na swoją córkę i jestem dumna. Gdy dzisiaj myślę o drodze, którą przeszłam, wiem, że chciałabym zostać w Polsce, to jest mój nowy dom. Tęsknię za mężem i rodziną. Tęsknie za wspomnieniami. Za poczuciem normalności, życiem sprzed wojny. Po czterech latach czuję, że się zmieniłam. Byłam zmuszona całkowicie wyjść ze swojej strefy komfortu. Dzisiaj jestem szczęśliwa, że moje dzieci są bezpieczne.
Dom jest tam, gdzie jest moja rodzina. Polska stała się moim domem, bo tu są moje dzieci.
Lena na stacji metra Młynów.
PRZYSTANEK MŁYNÓW
Daję odzieży nowe życie. Szyłam, odkąd pamiętam. Już w dzieciństwie robiłam ubranka dla swoich lalek. Kiedy byłam nastolatką, przeszłam testy psychologiczne pod kątem predyspozycji zawodowych. Wynikało z nich, że najlepiej sprawdziłabym się w krawiectwie lub fryzjerstwie. Wybrałam pierwszy kierunek. Kamizelkę, którą mam dziś na sobie uszyłam z krawatów.
Mam na imię Lena, mam 38 lat. Uciekałam przed wojną dwa razy. Najpierw z Doniecka, w 2014. W Czernihowie, z dwójką dzieci zaczęłam wszystko od nowa. Otworzyłam swoją pierwszą pracownię krawiecką, na która wydałam wszystkie oszczędności. Po kilku latach stabilizacji, w 2022 roku wybuchła wojna. Pierwszego kwietnia zaczęła się moja kolejna podróż – tym razem do Warszawy, gdzie miałam przyjaciół. Gdy podjęłam decyzję o ucieczce z dziećmi czułam, że nic lepszego się nie wydarzy. Wiedziałam, że wojna nie skończy się ani za miesiąc, ani za dwa lata, że będzie trwała długo.
Warszawa na mnie czekała. Kiedy uciekałam z Ukrainy cała infrastruktura wokół miasta była zniszczona, nie było mostów, musieliśmy poruszać się motorówkami. Gdy tu przyjechaliśmy, nie mówiliśmy po polsku. Mój młodszy syn szybko polubił szkołę, starszy poszedł do technikum ekonomicznego. Później przeniósł się do technikum samochodowego, w którym świetnie sobie radzi.
Na początku znalazłam pracę u krawcowej. Później dowiedziałam się o warsztatach, na których można było się nauczyć, jak otworzyć działalność gospodarczą. Nie czułam się gotowa, żeby prowadzić własny biznes, ale wiedziałam, że muszę coś zrobić. Zaskoczyło mnie to, że w Polsce, kraju unijnym, ludzie naprawiają odzież, zamiast się jej pozbywać. Zauważyłam, że są tacy, którzy lubią swoje rzeczy, bo mają dla nich wartość sentymentalną, są częścią jakieś historii. Zdarzają się też kosztowne rzeczy od projektantów, wymagające naprawy.
W Doniecku zostali moi rodzice, zostawiłam tam swoje dzieciństwo, swoje życie. W życiu rodzica najważniejsze są dzieci, to jest moje wsparcie. Zrozumiałam też, jak ważne jest odnalezienie swojej wewnętrznej siły. Jeżeli ktoś znajdzie możliwość realizowania się, to być może jest to klucz do sukcesu. Moja pasja i umiejętności pomogły mi się odnaleźć w nowej sytuacji.
Moja psycholog powiedziała mi, żebym myślała o tu i teraz, nie robiła dalekosiężnych planów. Myślałam, że w Doniecku jest mój dom, Czernihów miał być moim domem, teraz Warszawa. Może tu zostanę, a może to kolejny przystanek. Życie jest nieprzewidywalne. Zobaczymy co przyniesie czas.
Bohaterki:
- Yevheniia – Architektka wnętrz, właścicielka studia projektowego “Arkhipova Design”
- Lena – Krawcowa i właścicielka pracowni “LenOk”